Jak adopcja Domi wpłynęła na nasze podróże? 

Nasza pierwsza wspólna podróż miała miejsce we wrześniu, ponad trzy lata temu. Byliśmy wtedy we dwoje. Nie było z nami psa, a plan adopcji zrodził się u mnie dużo później. Od jesieni 2017 roku odwiedziliśmy razem osiem państw, po których poruszaliśmy się przede wszystkim autostopem. Spędziliśmy dziesiątki (a może setki) nocy w namiocie, na różnych wysokościach i w różnych warunkach pogodowych. Zdobyliśmy dużą ilość szczytów i przeszliśmy pieszo wiele górskich (i nie tylko) kilometrów. Podczas naszych podróży, zdarzały się chwile skrajnych emocji; od przeraźliwego zmęczenia, po przyjemne uczucie szczęścia i satysfakcji. I może nie jest to wielki kawał świata, ani wyczyn na skalę znanych podróżników, ale jednak zyskaliśmy dzięki temu coś niezwykle cennego. Spędziliśmy ze sobą czas, któremu nie towarzyszyła technologia i codzienne udogodnienia. Doświadczenie braku komfortu stało się dla mnie nieodłączną częścią życia, której nie zamieniłabym na nic innego. 

W październiku 2019 roku na naszej drodze stanęła Domi. A może bardziej należy powiedzieć, że to ja stanęłam na jej drodze. Od początku wiedziałam, że adopcja będzie się równała z powiększeniem podróżniczej drużyny. To miała być przyjaźń na sto procent. W każdych warunkach i w każdym miejscu. I tak się stało. Wraz z przyjściem Domi, zmienił się nieco sposób naszych podróży, a pierwsza podróż w trójkę (w Masyw Śnieżnika) skutecznie pokazała nam, z czym wiąże się podróżowanie z psem. Ale może po kolei. Bo przecież bez Domi też nie było łatwo... 


KILKA WSPOMNIEŃ PODRÓŻNICZYCH 


NORWEGIA. Listopad. Czterodniowa wyprawa. Nasza druga wspólna podróż. Byliśmy wtedy studentami z małą ilością pieniędzy, dlatego wyjazd poprzedzony był długimi rozmyślaniami: czy warto? W końcu jednak zdecydowaliśmy się na zakup tanich lotów i jednego bagażu rejestrowanego, do którego wrzuciliśmy namiot i śpiwory. Wędrowaliśmy niedaleko Oslo, po dzikich plażach i skalistych terenach. Pamiętam, że dopadła mnie wtedy moja największa zmora, jaką była stale nawracająca angina. Ból gardła, dreszcze i problemy z oddychaniem, a do tego nocne przymrozki skutecznie mnie wykańczały. Krzysiek rozpalał wtedy ogniska i gotował na nich gorącą czekoladę. Któregoś dnia pogoda całkowicie się zepsuła. Padał deszcz, a my mieliśmy tylko folię malarską. Zostałam w nią owinięta, żeby moje ubrania do końca nie zmokły. Wędrowaliśmy tak sobie w stronę lotniska, ale moje możliwości poruszania się były coraz mniejsze. W końcu usiadłam zrezygnowana na jakichś schodkach, nie zastanawiając się w ogóle, że siedzę przy drzwiach do czyjegoś mieszkania. Zbieg okoliczności sprawił, że drzwi się otworzyły i stanęła w nich pewna pani. Widząc mnie owiniętą folią malarską, po prostu krzyknęła i przymknęła odruchowo drzwi. Przez chwilę, mimo mojego fatalnego samopoczucia, zachciało nam się śmiać. Podróżnicy, czy bardziej bezdomni? Drzwi otworzyły się raz jeszcze. Pani przyniosła mi płaszcz przeciwdeszczowy, który był tak ogromny, że zmieściłyby się w nim bez problemu cztery osoby moich gabarytów. Zaprosiła nas też do środka, proponując prysznic i herbatę, z czego z przyjemnością skorzystaliśmy. Udało się także wydrukować bilety na powrót, których potrzebowaliśmy w wersji papierowej. Podobne sytuacje zdarzały się w moich podróżach często. Gdy byłam skrajnie wyczerpana i nie miałam już siły, nagle ktoś lub coś stawało na mojej drodze i pozwalało iść dalej. Może to taki sygnał, że ktoś czuwa? 

RUMUNIA. Maj. Wyprawa w Góry Rodniańskie. Trwał akurat wyścig autostopowy, więc mieliśmy zapewnione towarzystwo wielu osób. Dojazd do miejsca docelowego trwał długo. Ostatni etap podróży przejechaliśmy z pastorem, który akurat jechał do Maramuresz, co było naszym ogromnym szczęściem. To właśnie podczas tej wyprawy, poczułam na własnej skórze, jak niebezpieczne mogą być góry i chęć ich zdobywania. Mimo zbliżającej się burzy, byłam zacięta. Tak blisko szczytu jakoś nie wypadało mi zawrócić, choć Krzysiek namawiał na nieco szybsze zejście. Za mało miałam wtedy pokory. I za słabe buty. Jakiś czas wcześniej spotkaliśmy Polaków, którzy polecili nam zjechać ze szczytu na tyłku, ze względu na śliskie podłoże i trudności w normalnym zejściu. Wzięliśmy na górę karimatę, która miała posłużyć jako narzędzie do zjazdu, ale liczyliśmy (a przynajmniej ja), że uda się zejść na nogach. Szczęściem uniknęliśmy burzy, ale jednocześnie na naszych starych i słabych butach nie dało się wtedy zejść. Po prostu nie było takiej możliwości. Śnieg był ubity i lepszą opcją był dobrowolny zjazd, niż tracenie równowagi i niekontrolowane upadki. Na początku zjeżdżaliśmy na tyłkach, bez pomocy karimaty, bo takie zjazdy wydawały się być nieco wolniejsze. Później jednak było na tyle zimno, że podłożyliśmy pod siebie karimatę i zjeżdżaliśmy wspólnie. Było kilka momentów grozy. Przez jeden kawałek jechaliśmy bardzo rozpędzeni, ja trzymałam się Krzyśka i słuchałam, jak próbuje mnie uspokoić, mówiąc "spokojnie, wszystko mam pod kontrolą". Wiedziałam, że nie ma. Na szczęście trwało to chwilę, bo zatrzymaliśmy się na jakiejś wypukłości. To było przeżycie, które zapamiętam na długo, choć już bym go nie powtórzyła. Dzisiaj nasze wyprawy w góry wyglądają inaczej. Wyposażeni w dobry jakościowo sprzęt, unikamy tego typu niebezpiecznych sytuacji. A ja mam już nieco więcej pokory i wiem, kiedy zawrócić. Miłość do gór też musi dojrzewać. 

CZARNOGÓRA. Bar. Tak, ta sama miejscowość, która co roku przyciąga do siebie masę turystów. Przez chwilę byliśmy nawet na plaży, jedząc melona i patrząc na tłumy. Było prawie czterdzieści stopni upału. Szukając ochłody, a jednocześnie chcąc przeżyć przygodę, postanowiliśmy iść w góry. Nasza perspektywa zakładała podziwianie morza ze szczytów. Nie trzeba było przejść wiele, żeby nagle wszystko zamieniło się w dżunglę. Dosłownie. Szlak niby był oznakowany, ale zarośnięty chaszczami i przepełniony pajęczynami z ogromnymi pająkami. Trzeba było się przez to przedzierać, a te małe zwierzątka co chwilę stawały na drodze. Może nie mam wielkiej arachnofobii, ale wszelkie pajęczaki obrzydzają mnie na tyle, że dostaję niemiłych dreszczy i czasami mam ochotę krzyczeć. Z biegiem czasu udało nam się spotkać także węża. Żmiję nosorogą dokładniej, czyli najbardziej jadowitą żmiję w Europie. Towarzyszył nam strach - przyznaję. Wszystko było tak zarośnięte, że stawialiśmy kroki bardzo ostrożnie, bojąc się, że przypadkowo jakąś nadepniemy. Należy wspomnieć, że w bałkańskich górach nie ma Pogotowia Górskiego i trzeba zdawać się na siebie samego. Po tym szlaku nikt nie chodził, więc udzielenie pomocy w razie niebezpieczeństwa byłoby utrudnione. To była jedna z gorszych wycieczek w moim odczuciu. Upał, pająki, chaszcze, kłujące krzewy, a do tego strach przed wężami i złe oznaczenie szlaku. I wszystko nad turystycznym Barem. A to akurat niezwykle ciekawe zjawisko!  

Mobirise

Brasov. Miejsce naszego noclegu. Stąd wyruszaliśmy na Pietrosul.

Mobirise

Droga na Pietrosul (2303 m n.p.m.)

Mobirise

Droga na najwyższy szczyt Bałkanów. Musala (2925 m n.p.m.)

Mobirise

Czarnogóra. Dzień po zdobyciu Zlej Kolaty (2534 m n.p.m.)


CO ZMIENIŁ PIES? CZYLI PIERWSZE WSPÓLNE PRZYGODY PODRÓŻNICZE.


Przygarnięcie Domi wiązało się z kilkoma zmianami dotyczącymi podróży. Przede wszystkim nie możemy już pozwolić sobie na wejścia do większości Parków Narodowych na terenie Polski. Zwiększył się także ciężar plecaka i powstały przymusowe przerwy "poposiłkowe". Odpadł nam dość przyjemny i szybki środek transportu, jakim jest samolot. Największa zmiana wiąże się jednak z tym, że mamy pod opieką kogoś słabszego, z kim nie potrafimy porozumiewać się słownie, a co za tym idzie - czasami musimy mieć oczy dookoła głowy i przeprowadzać wnikliwe obserwacje. 

Nasza pierwsza podróż nie miała być szaloną eskapadą połączoną z długim trekkingiem i spaniem w namiocie. W zamiarze miał to być krótki i przyjemny wyjazd, podczas którego pochodzimy wspólnie po górach, a później odpoczniemy w wynajmowanym pokoju. Pierwszy raz podczas podróży miał nam towarzyszyć pies. I należy tu wspomnieć, że Krzysiek nie był do końca przekonany, czy adopcja psa w obecnym okresie jest dobrym pomysłem. Był sceptycznie nastawiony, a ja spędzałam długie godziny, zapewniając go, że podróże z Kruszynką to będzie sama przyjemność. I właśnie podczas tej naszej pierwszej podróży Domi dostała nagłej, silnej biegunki. Siedzieliśmy sobie w przedziale, gdy nagle zaczęła piszczeć i skakać na drzwi. Dziwne. Przecież Domi uwielbia jazdę pociągiem, zazwyczaj ją przesypia, przytulając się od czasu do czasu. Zapaliła nam się czerwona lampka i zaczęliśmy analizować, kiedy będzie następny postój. Niestety była do niego długa droga. Postanowiliśmy wyjść na korytarz, bo Domi coraz bardziej dawała nam do zrozumienia, że nie ma ochoty siedzieć w przedziale. I właśnie wtedy nie wytrzymała. Nasza pierwsza podróż połączona była z wielką kupą na korytarzu. W łazience nie było papieru, więc Krzysiek pobiegł do naszego przedziału, przynosząc mi całą rolkę. Sprzątanie, mimo pośpiechu, było naprawdę długie, a ja błagałam, żeby tylko nikt nie przyszedł. I faktycznie udało nam się uniknąć spotkania. Po całym procesie, przyszła jednak na korytarz dziewczynka z naszego przedziału, stwierdzając, że strasznie śmierdzi. 

Cóż, Domi od początku pokazała nam, że podróże z nią wcale nie będą takie łatwe. Ale czy wcześniej były? Trudne sytuacje zdarzały się zawsze. Opiekując się kimś słabszym, częściej jesteśmy narażeni na niespodzianki. Czasami przynoszą stres i wstyd, ale zdecydowanie częściej radość i satysfakcję. Piękny jest przede wszystkim fakt, że możemy mieć wpływ na czyjeś życie, że możemy je zmienić. To pokazuje, że coś w tym świecie znaczymy. I mogę dzisiaj śmiało stwierdzić, że podróże bez Domi były po prostu niepełne. Odczuwało się radość, spędzało ze sobą czas, ale jednak nie dawało się niczego innym. Dzisiaj jesteśmy drużyną. Zdobyliśmy swoje wzajemne zaufanie i śmiało możemy mówić o przyjaźni.  

Mobirise

Pierwsza podróż z Domi. Ona dostała biegunki w pociągu, a ja dzień później silnej anginy. Udało się jednak zdobyć Śnieżnik (1424 m n.p.m.). Niedługo po jego zdobyciu jechaliśmy całą trójką do szpitala :D

Mobirise

Domi w oczekiwaniu na śniadanie. Główny Szlak Kaszubski, luty. W nocy temperatura spadała do -5 stopni. Wytrzymaliśmy dwie noce w namiocie. 

Mobirise

Jedna z mazurskich wycieczek. Spędziliśmy wtedy dwa dni w Puszczy Piskiej, robiąc pieszo 50 kilometrów. 

Mobirise

Nocka w Puszczy Piskiej

Krótki filmik z Głównego Szlaku Kaszubskiego (luty 2020)

FACEBOOK COMMENTS WILL BE SHOWN ONLY WHEN YOUR SITE IS ONLINE

© Copyright 2020 Mały Owczarek. All Rights Reserved.

Built with Mobirise creator