Mały Szlak Beskidzki

 

 

Mały Szlak Beskidzki to czwarty pod względem długości szlak polskich Karpat. Z założenia ma być swego rodzaju uzupełnieniem Głównego Szlaku Beskidzkiego, a więc przechodzi przez trzy pasma, które tamten omija: Beskid Mały, Beskid Makowski oraz Beskid Wyspowy. Trasa liczy 137 kilometrów i rozpoczyna się w Bielsku Białej, a kończy na Luboniu Wielkim - jednym z popularniejszych szczytów Beskidu Wyspowego. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że ten średniodystansowy szlak jest ciekawy. Większość dróg prowadzi przez lasy, gdzie zapomnieć można o jakichkolwiek widokach na górskie szczyty. Będąc w Beskidzie Wyspowym (który oceniamy najlepiej ze wszystkich trzech pasm Małego Szlaku Beskidzkiego) stwierdziliśmy zgodnie, że zmieniamy kierunek wędrówki. Nie weszliśmy zatem na ostatni punkt, jakim jest Luboń Wielki, a ominęliśmy go, udając się do Beskidu Sądeckiego oraz Pienin Wschodnich. W rezultacie zrobiliśmy 215 kilometrów pieszo. 


TRUDNY POCZĄTEK 


Wyjeżdżając w góry, zmuszeni byliśmy przejechać dużą część Polski, w związku z czym spędziliśmy w pociągu całą noc. Może dlatego pierwszego dnia; 22 września, czuliśmy się tak, jakby nasza kondycja była porównywalna do kondycji kogoś, kto spędził kilka lat na kanapie. Nie szliśmy długo. O godzinie 10 postanowiliśmy rozbić namiot i trochę odespać. Wyszło średnio - Domi obszczekiwała każdego, kto podszedł za blisko. Ma taką pewność, że tam gdzie jej namiot, tam też jej dom (a przecież nie może być tak, że ktoś koło tego domu bezkarnie przechodzi). Szybko więc się zwinęliśmy i poszliśmy w dalszą drogę. Wieczór przyniósł kolejne niespodzianki i skutki podróżowania z czworonożnym przyjacielem u boku. Byliśmy niesamowicie zmęczeni i szukaliśmy miejsca na namiot, przechodząc przez małą wioskę. Kroczyłam sobie z Domi przypiętą do pasa biodrowego, nie spodziewając się niczego złego. Aż nagle pojawił się przed moimi oczami niespodziewany obraz: nasz kochany piesek wesoło zamerdał ogonem, obrócił się na plecy i zanim zdążyłam zareagować, podniósł się pokazując mi zad uwalony w...błocie? Taka właśnie była moja reakcja: "Krzysiek, to jest błoto, prawda?". Jednak on rozwiał wszelkie wątpliwości, stwierdzając, że to na sto procent szambo. I tak właśnie Domi chwilę przed rozbiciem namiotu wytarzała się w kupie. 

Można sobie wyobrazić nasze załamanie. Nieprzespana noc, cały dzień spędzony na wędrówce, marzenie o rozbiciu namiotu i pójściu spać i nagły, niespodziewany zwrot akcji. Wykąpanie Domi odpadało. Było ciemno, my nie mieliśmy za dużo wody, a pogoda nie sprzyjała kąpielom bez ryzyka przeziębienia. Po znalezieniu resztek siana na łące, uznaliśmy, że to jedyny rozsądny sposób, żeby doprowadzić ją do względnego porządku. Pocieraliśmy ją więc tym sianem, próbując pozbyć się kupy z zadu. Zużyliśmy też cały zapas chusteczek nawilżonych, dzięki czemu udało się sprawić, że wyglądała na względnie czystą. Stwierdziliśmy nawet, że już nie śmierdzi, chociaż możliwe, że sobie to wmówiliśmy. Plan był taki, że całą noc prześpi w kącie namiotu i jakoś przetrwamy do dnia następnego. Ona sama nie była zadowolona z takiego rozwiązania, kilka razy próbując się do nas przytulić w środku nocy. 

Mobirise

"ile mam na was czekać?"


JESIEŃ - LASY, GRZYBIARZE I PODRÓŻNICZE PROBLEMY


Wędrowaliśmy bardzo wolno. A raczej szybkim krokiem przemieszczaliśmy się od przerwy do przerwy. Bywało tak, że odpoczynki trwały dłużej niż sam etap wędrówki. Początek jesieni pozwalał napawać się drobnymi zmianami, jakie codziennie zauważaliśmy w otoczeniu. Przyjemne były przede wszystkim poranki i towarzyszący im chłód. Nocowaliśmy w namiocie, a rano walczyliśmy ze sobą, żeby w końcu wstać i ruszyć w drogę. Kilka z pozoru łagodnych szczytów dało nam w kość. Osobiście zaczęłam przeklinać te góry już w Beskidzie Małym przy jednym z pierwszych wejść (Góra Żar). "Co ja w tym widzę? Ostatni raz. Następna wędrówka będzie po nizinach" - tak sobie wmawiałam, chociaż zdawałam sobie sprawę, że to nieprawda. Może to taka trudna miłość. Najpierw tęsknisz, a później przeklinasz i narzekasz. 

Pierwszy etap wędrówki to przede wszystkim lasy. Beskid Mały - w większości zalesiony. Beskid Makowski - zalesiony jeszcze bardziej. Spotykaliśmy mało turystów, ale za to bardzo dużo grzybiarzy. Byli wszędzie i niektórzy z nich traktowali zbieranie grzybów bardzo poważnie. Pewnego razu podczas odpoczynku zostaliśmy nawet obdarzeni cenną lekcją "jak rozpoznawać grzyby trujące od jadalnych?". Miło było widzieć taki zapał, chociaż my sami miłością do grzybobrania nie pałamy. 

Podróżowanie jesienią posiada wiele plusów, jak i minusów. Uciążliwy był przede wszystkim problem z prysznicem. Latem są górskie źródełka, albo możliwość kupienia baniaków z wodą i umycia się nimi gdziekolwiek. Jesienią jest zimno. Mieliśmy zamiar korzystać z pryszniców w schroniskach górskich, jednak zazwyczaj nie było takiej możliwości ze względu na obostrzenia związane z covidem lub pierwszeństwo tych osób, które wynajmowały pokój. Mieliśmy jednak udogodnienie w postaci palnika i butli z gazem, które pomogły mi przetrwać pierwszy prysznic na polanie gdzieś za Schroniskiem PTTK Na Leskowcu. Prysznic w zimnej temperaturze powietrza, ale ciepłą wodą był całkiem komfortowy. Na tej samej polance chwilę przed zmierzchem spotkaliśmy ludzi, którzy polecili nam nocleg w Chacie Wierzbanowskiej w Beskidzie Wyspowym. Zgodnie stwierdzili, że to jedyne miejsce na Małym Szlaku Beskidzkim, które oferuje darmowe schronienie, prycze do spania i piecyk. Taki więc był cel wyprawy: "odnaleźć chatkę". 

Mobirise

Góra Żar


NOCLEG "NA JEDNĄ DOBĘ I NA DODATEK Z PSEM"


Od spotkania ludzi, którzy polecili nam chatę do samej chaty była długa droga, a my czuliśmy się coraz bardziej brudni i marzyliśmy o normalnym prysznicu. Po kilku nockach w namiocie i kilkudziesięciu kilometrach w nogach i łapach, chcieliśmy też wyspać się w wygodnym łóżku. Doszliśmy do Myślenic, udaliśmy się na pizzę i w między czasie dzwoniliśmy do pobliskich miejsc, w których można wynająć pokój. Ciągle jednak kończyło się tak samo. "Z pieskiem nie przyjmujemy", "wszystko jest zajęte" lub "mamy otwarte tylko w okresie wakacyjnym". Obdzwoniliśmy już prawie wszystkie miejsca umieszczone w internecie, a ja byłam na skraju załamania nerwowego (powód niby błahy, ale prysznic był wtedy moim największym pragnieniem). W końcu jednak się udało, choć zostaliśmy potraktowani dość wysoką ceną i dopłatą za Domi. Nie miało to jednak wtedy znaczenia. Ciekawe jest to, w jaki sposób zmieniają się ludzkie pragnienia podczas tego typu podróży. Wzięcie prysznica rośnie do rangi spełnienia największego marzenia. 

Nie tylko ludzka część ekipy była zmęczona. Domi miała w końcu okazję odespać. Przez kilka dni prawdopodobnie nie realizowała swojej potrzeby dwunastu godzin snu dziennie. W podróży psio-ludzkiej, należy w wyjątkowy sposób dbać o ten drugi gatunek, który przecież ma inne oczekiwania. Zapewnienie poczucia bezpieczeństwa jest czasami trudne. W naszym przypadku zadbaliśmy o to, aby namiot był traktowany przez Domi jako schronienie, w którym czuje się bezpiecznie. Z tego, co dało się zaobserwować - odczuwała radość z ciągłego wędrowania. Merdający ogon i radość z poranków, cieszyła także nas.


CHATA WIERZBANOWSKA - SCHRONIENIE DLA PODRÓŻNIKÓW


Wypoczęci i czyści, wyszliśmy rano, mając do przejścia dwadzieścia kilometrów. Następny nocleg planowaliśmy we wspomnianej wcześniej chatce, znajdującej się w Beskidzie Wyspowym. Szło się dużo lepiej i szybciej, niż wcześniej. Na tyle szybciej, że wchodząc w trans, ominęliśmy o czterdzieści minut marszu Schronisko PTTK na Kudłaczach, w którym mieliśmy zatrzymać się na coś do jedzenia. Pogoda zmieniła się na gorsze. Było trochę deszczowo, a krajobraz spowity był gęstą mgłą. 

Chatę znaleźliśmy późnym wieczorem. Była pusta, a my zdążyliśmy schronić się przed deszczem. W środku było kilka pryczy do spania, szafka, stolik oraz mały piecyk. W pobliżu był też zbiornik na deszczówkę, dzięki czemu można było myć ręce bez tracenia wody. Przy chatce ktoś stworzył miejsce na ognisko; nam niestety nie udało się z niego skorzystać ze względu na pogodę. Na stoliku znajdował się zeszyt, w którym goście chatki wpisywali kilka słów od siebie. Ten dzienniczek uświadomił nam, jak wolno się poruszamy. Wpisy bardzo często zaczynały się od słów "czwarty/piąty dzień MSB". U nas był to dzień ósmy. Cóż, może po prostu te długie odpoczynki są takim stylem naszych podróży. Dzień zakończyliśmy kolacją składającą się z kaszy gryczanej z sosem i słonecznikiem. Ciepło z piecyka ogrzewało nas przez jakiś czas, później niestety zgasło, a my zakopaliśmy się w śpiworach. Domi też znalazła miejsce dla siebie i wyglądała na całkiem zadowoloną.  

Wierzbanowska Chata

"Regulamin" :)


"A MOŻE BY TAK ZMIENIĆ TRASĘ?"


Pogoda pogorszyła się jeszcze bardziej. Pamiętam chłód, jaki towarzyszył nam na szczycie Lubogoszcza. Gotowaliśmy sobie wtedy herbatę i patrzyliśmy na mgłę, która zabrała wszelkie widoki. Mimo wszystko - miało to jakiś urok. Zawsze uważałam, że walka z zimnem ma w sobie coś pociągającego. Ludzka część naszej ekipy zdecydowanie woli się ogrzewać pijąc herbatę, niż męczyć się z wakacyjnym upałem; psiej części ekipy jest wszystko jedno, byle nie padało. 

Po noclegu w chatce, spędziliśmy jedną noc w namiocie. Obudziliśmy się w ulewę, która według prognozy miała trwać dwa dni. Bez przerwy. Udało nam się wykorzystać krótką chwilę mżawki, żeby zejść do Mszany Dolnej, jednak później pogoda nie pozwalała na dalszą drogę. Nie wyobrażałam sobie spać z mokrymi ciuchami i mokrym psem w namiocie. Dochodząc do wniosku, że trzeba to odczekać, znowu zajęliśmy się szukaniem miejsca na nocleg. Tym razem zajęło to nieco mniej czasu, choć pani była początkowo sceptycznie nastawiona: "w taką pogodę z psem...". Żeby się nie rozmyśliła, na wszelki wypadek stworzyliśmy dla Domi prymitywny płaszczyk przeciwdeszczowy, który miał sprawić, że będzie wyglądała chociaż trochę lepiej. Byliśmy prawie na końcu Małego Szlaku Beskidzkiego. Został nam właściwie ostatni szczyt - Luboń Wielki. Po dłuższym zastanowieniu, postanowiliśmy z niego zrezygnować. 

To jest właśnie ogromna zaleta podróży. Elastyczność. Można spojrzeć na mapę i zmienić początkowe plany na coś zupełnie innego. Wystarczy przejechać po niej palcem, zatrzymać się na konkretnym punkcie i powiedzieć sobie "dobra, pójdziemy tam". Tak właśnie zrobiliśmy. Zgodnie stwierdziliśmy, że zostawimy czerwony szlak za sobą i przejdziemy na zielony, którym dojdziemy do Beskidu Sądeckiego oraz Pienin Wschodnich. Przed tym jednak czekały nas dwa, długie dni odpoczynku i czekania na względną pogodę... 

Mobirise

W drodze do Mszany Dolnej

Mobirise

Taniec Robota

To jeszcze nie koniec naszej wyprawy, to dopiero koniec pierwszego (nudniejszego) etapu. Ciąg dalszy nastąpi...  

FACEBOOK COMMENTS WILL BE SHOWN ONLY WHEN YOUR SITE IS ONLINE

© Copyright 2020 Mały Owczarek. All Rights Reserved.

Mobirise website builder - Try here