Beskid Wyspowy, Beskid Sądecki i Pieniny Wschodnie

Mały Szlak Beskidzki opuściliśmy z mieszanymi odczuciami. Wielkie lasy i błotniste drogi miały wprawdzie swój urok, ale jednocześnie nie były szczytem naszych marzeń. Śmiało można jednak stwierdzić, że krajobrazy to tylko miły dodatek do przyjemnego zmęczenia i poczucia wolności, dla których przemierzamy te górskie kilometry. Po zejściu z Małego Szlaku Beskidzkiego, odwiedziliśmy kolejny fragment Beskidu Wyspowego i rozpoczęliśmy wędrówkę wzdłuż granicy polsko-słowackiej, przez Pieniny Wschodnie i Beskid Sądecki. Zachwyciły nas miejsca zdecydowanie wyjątkowe, które przypomniały mi o sile mojej miłości do gór. Pasące się owce i ogromna przestrzeń, która daje poczucie wolności, napawały optymizmem i chęcią zobaczenia jeszcze więcej.  


ZMIANA TRASY - ZMIANA WIDOKÓW


Pogoda zmieniła się na lepsze. Po dwóch deszczowych dniach, udało nam się opuścić wynajmowany pokój i udać się w stronę Polany Skalne. Kierunek wyprawy po części podyktowany był chęcią dotarcia do widocznej na mapie starej bacówki. Liczyliśmy na nocleg pod dachem i wodę ze znajdującego się w pobliżu źródełka. Wraz ze zmianą trasy, zmieniły się także widoki. Żartowaliśmy nawet, że Mały Szlak Beskidzki specjalnie został poprowadzony przez najmniej ciekawe punty tych trzech pasm. 

Droga do szczytu Jasień przebiegła bez większych niespodzianek, nie licząc poirytowanego byka stojącego przy zepsutym ogrodzeniu, który starał się utrudnić nam przejście. Ale trudno się dziwić - zaatakowany przez małego owczarka, miał prawo do oburzenia. Domi wprawdzie zazwyczaj ignoruje krowy, lecz ten osobnik wyjątkowo się jej nie spodobał. Próbowaliśmy nawet ominąć to miejsce, bo zwierzę coraz bardziej okazywało złość, a ogrodzenie zdawało się nie być dla niego żadną przeszkodą. W końcu jednak odważyliśmy się wykonać kilka kroków. Domi oczywiście schowała się po mojej drugiej stronie, próbując dać mi do zrozumienia, że ona atakowała, a ja mam bronić. Klasyk. 

Mobirise

Jasień (1063 m n.p.m)


NOCLEG WYJĄTKOWY - BACÓWKA NA SKALNYM


Do Polany Skalne doszliśmy pod wieczór z mieszanymi odczuciami. Ja byłam prawie pewna, że bacówka będzie zamknięta i nawet nie siłowałam się z hakiem blokującym drzwi. Krzysiek jednak był bardziej optymistyczny i okazało się, że można do niej wejść. W środku znajdowały się ogromne prycze do spania, ławka oraz stół. Ścianę przyozdabiały stare zdjęcia pasterzy i ich owiec. Były też opisy dawnych zwyczajów i dokumenty przedstawiające liczebność stad. W pobliżu chaty było źródełko, które pozwoliło nam przygotować tradycyjną podróżniczą kolację, czyli kaszę z sosem. Wieczór był dość zimny i przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie będzie nam cieplej w namiocie. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się na dość nietypowe rozwiązanie. Prycze były na tyle duże, że bez problemu zmieścił się na nich nasz namiot. Mieliśmy podwójne zabezpieczenie - materiał namiotu chronił przed zimnem, a wnętrze chaty umożliwiło poranne zwinięcie suchego sprzętu bez konieczności czekania, aż trochę wyschnie. 

Poranek był chłodny, ale przyjemny. Mieliśmy dużo zapasów jedzenia i nieograniczony dostęp do wody ze źródełka. Ja rozpoczęłam dzień myciem naczyń, a Domi porannymi zabawami. Wszystko było w porządku do czasu, aż przy bacówce pojawili się ludzie. Nasz pies to oaza spokoju, naprawdę. Zazwyczaj chodzi bez smyczy, ignorując mijane osoby. Ale zdarza się, że przywłaszcza sobie miejsca, w których śpimy, a wtedy uważa, że nikt nie ma prawa się do tych miejsc zbliżyć. Ruszyła więc z wielką irytacją obszczekując pana z każdej strony. Na szczęście spotkaliśmy się z wyrozumiałością i nawet zamieniliśmy kilka słów, a Domi powędrowała po prostu na smycz. 

Mobirise

Bacówka na Skalnym


MOGIELICA (1170 m n.p.m) I NOCNA "WICHURA"


Następnym punktem wędówki była najwyższa góra Beskidu Wyspowego, czyli Mogielica. Ciekawy jest fakt, że gdy jakiś szczyt należy do Korony Gór Polski, to nagle pojawiają się tłumy. Tak też było w tym przypadku. Do tej pory na szlakach towarzyszyła nam cisza (no, może nie licząc komercyjnej Góry Żar w Beskidzie Małym), w drodze na Mogielicę szliśmy cały czas z innymi. Mijaliśmy wielu ludzi i wielu psich wędrowników. Sam szczyt był przeciętny (a wieża widokowa niestety w budowie), ale droga do niego mogła zachwycać. Wielkie przestrzenie i wznoszące się szczyty były tym, co zawsze napawa mnie optymizmem. 

Wieczorem zaczęło się robić ciekawie. Wprawdzie przez cały dzień wiatr był dość spory, ale nie spodziewaliśmy się, że nagle przerodzi się w coś na wzór "małej wichury". Nie sprawdzaliśmy wcześniej pogody, a w miejscowości Zalesie, w której próbowaliśmy się rozbić, nie było nawet zasięgu. Na początku nie panikowaliśmy. Mieliśmy zamiar schować się w namiocie i to przespać. Podmuchy zaczęły się nagle. Nie spodziewając się ich, rozkładaliśmy nasz przenośny dom tak, jak zwykle. Ale gdy już miał zamontowany stelaż, to po prostu odleciał. Krzysiek biegł za nim przez całe pole, a ja trzymałam na smyczy szczekającą Domi, która nie wiedziała do końca, co się dzieje. "Cholera, ucieka nam 700 złotych" - przechodziło mi przez myśl. Jednak nasz przenośny dom zatrzymał się w końcu na którymś drzewie, a my stwierdziliśmy, że musimy znaleźć osłonę przed wiatrem. 

Miałam zadanie trzymać ten namiot w taki sposób, aby nie odleciał, a Krzysiek udał się na poszukiwania. Było trudno. Na pasie biodrowym miałam przypiętą smycz z naszym psem, który ujadał przeraźliwie, martwiąc się prawdopodobnie o swojego odchodzącego opiekuna. Podmuchy zaczęły się robić tak silne, że miałam problem z utrzymaniem namiotu, a pałąki coraz bardziej się wyginały. Nie trwało to jednak długo. "Krzysiek, namiot się zepsuł!" - tym krzykiem skwitowałam połamany na pierwszy rzut oka stelaż. Na szczęście sytuacja nie była aż tak tragiczna i jeden z pałąków po prostu odczepił się od reszty. Użyliśmy sznurka, żeby go przymocować. Cały proces utrudniała Domi, która nie przejmując się już niczym, stwierdziła, że jest zmęczona. A przecież od spania jest właśnie namiot. Próbowała więc za wszelką cenę do niego wejść. Próby wejścia do środka przez ścianę wyglądały dość komicznie, choć nie wiem, czy mogły konkurować z obrazem Krzyśka goniącego nasz namiot po polu. 

Wszystko skończyło się dobrze. Znaleźliśmy trochę lepsze miejsce, a ja i Domi weszłyśmy do środka, żeby namiot nie odlatywał. Ona od razu zasnęła, ja przyglądałam się uginającym ścianom naszego domku. Krzysiek zajmował się montażem i starał się sprawić, żeby konstrukcja przetrwała noc. Rano, gdy został odnaleziony zasięg, otrzymałam kilka zaległych esemesów od rodziców, którzy poinformowali nas, że sprawdzali pogodę i może powinniśmy coś wynająć. Cóż. Było już za późno. Ale silny wiatr nie trwał aż tak długo.  

Mobirise

Człowiek i pies...


NAJLEPSZE SCHRONISKO W BESKIDZIE SĄDECKIM I PIĘKNO PIENIN WSCHODNICH


Po przetrwaniu trudnej nocy, marzyłam tylko o czymś dobrym do jedzenia i noclegu w komfortowych warunkach. Postanowiliśmy udać się do Bacówki pod Bereśnikiem, a trasę, która liczyła prawie czterdzieści kilometrów podzielić na dwa dni. Dzień drugi tego etapu był dla mnie szczególnie trudny. Czułam się fatalnie i dojście do Bereśnika było dla mnie ogromnym wybawieniem. 

Spałam już w wielu schroniskach górskich. Większość z nich ma swój oryginalny klimat i jedzenie, które, między innymi ze względu na zmęczenie, smakuje wybitnie dobrze. Schronisko pod Bereśnikiem traktuję jednak jako jedno z najlepszych do tej pory. Być może jest to kwestia pysznej szarlotki z bitą śmietaną i malinami, a może wygodnego łóżka i możliwości wzięcia prysznica. Domi została miło przyjęta, a ludzka część ekipy mogła odpocząć i zjeść w końcu coś, co nie było chlebem i kaszą z sosem. 

Najlepszym fragmentem naszej wędrówki były jednak Pieniny. Zachwyciliśmy się nimi już kiedyś, odwiedzając w okresie zimowym najpopularniejsze szczyty. Tym razem wybraliśmy ich wschodnią część, między innymi ze względu na to, że tylko tam można wprowadzać psy. To właśnie w tej części znajduje się najwyższy szczyt Pienin, czyli Wysoka (1050 m n.p.m). Wejście na górę różniło się trochę od łagodnych, leśnych podejść w Beskidach. Było trochę skał i węższa droga. Domi szła na smyczy z obawy o to, że spadnie. Radziła sobie jednak doskonale. W przemierzaniu Pienin towarzyszyły nam stada owiec, widziane co chwilę i dźwięki dzwoneczków. 

Naszą wędrówkę zakończyliśmy noclegiem w Chacie Magóry oraz późniejszym zejściem do Piwnicznej Zdroju. Za nami było 215 kilometrów przebytych pieszo. Był to nasz pierwszy tak długi szlak, który zrobiliśmy ciągiem oraz pierwsza tak długa podróż z psem. I było w tym coś wyjątkowego; mimo że z nowym członkiem drużyny wiąże się kilka ograniczeń, to zdecydowanie więcej jest tych miłych wspomnień. I chyba tak jest z każdą przyjaźnią... Mimo trudności, jest ona czymś niezwykle wartościowym. Czymś, co pomaga w codziennym życiu...  

Mobirise

Wysoka (1 050 m n.p.m)

215 kilometrów z psem w jedną minutę.

FACEBOOK COMMENTS WILL BE SHOWN ONLY WHEN YOUR SITE IS ONLINE

© Copyright 2020 Mały Owczarek. All Rights Reserved.

Make a free website with Mobirise